sobota, 31 maja 2014

Dzień Dziecka życzenia i wspomnienia=)



Kilka lat temu napisałam krotki tekst o czasach mojego dzieciństwa na portalu społecznościowym i nawet został wydrukowany w papierowej wersji tygodnika MM Zielona Góra. Dziś przypomniałam sobie o nim i przeczytałam go jeszcze raz wydaje mi się że nie stracił na aktualności , postanowiłam zamieścić go tu na moim prywatnym blogu.
Moje dzieciństwo to zupełnie inna bajka niż dzieciństwo dzisiejszych dzieciaków , dziś komputer zastąpił podwórko a gry komputerowe wyparły dawne zabawy. Nie wiem czy zamieniła bym moje może biedne ale kolorowe pełne radości i przyjaźni dzieciństwo na to bogate w dobra materialne ale niestety czasami samotne spędzane przy komputerze. Ciesze się ,ze dzieciństwo mojej córki to jeszcze czasy w których dzieciaki biegały po placach zabaw choć komputery już czyhały z mnóstwem gier ale jeszcze nie do końca zawładnęły życiem dzieciarni=)))







Entliczek, pentliczek, czerwony stoliczek... Całymi dniami dzieciaki recytowały różne wyliczanki, bo bez wyliczanki nie sposób rozpocząć zabawy. Biegały po podwórku, z małymi przerwami na posiłki. Co jakiś czas, w południe któraś z mam wołała z okna: Zośka!, czy Andrzej! Chodź na obiad!
Czasami grożono konsekwencjami za niestawiennictwo na posiłek.

Dziewczyny grały w klasy, dla niewtajemniczonych przypomnę, iż gra ta polegała na przesuwaniu krążka z jednego pola na drugie, skacząc na jednej nodze.
Grywało się w różne gry zespołowe: a to w dwa ognie, a to w zbijaka, czy palanta.
 




Największy problem był z młodszym rodzeństwem, bo jak małe i w wózku, to z tym wózkiem trzeba było „ciągać się" wszędzie, a jak rodzeństwo na własnych nóżkach biegało, no to jeszcze gorzej. 










Nie znałam nikogo kto nie łaziłby po drzewach i nie miał latem podrapanych łokci i kolan.
Zabawki. Oj, niewiele ich się miało... Lalki to były albo plastikowe golaski, albo takie szmacianki z plastykową buzią. 

Nieliczne dziewczynki miały lalki, które zamykały oczy i wydawały z siebie dźwięk, coś pomiędzy miauczeniem kota a skrzypieniem nienaoliwionych drzwi. Takich lalek to na podwórko się nie wynosiło, one siedziały dumnie w gościnnym pokoju.


Były i mebelki dla lalek... Jak dziś się na nie popatrzy, to można sobie przypomnieć wystrój dawnych mieszkań.

Kolekcja - nazwijmy ją "piaskownicową" - zrobiona była z metalowej łopatki, wiaderka itp., aż dziw, że dzieciaki sobie nie porozbijały głów tymi łopatkami.
Wszystkie dziewczyny kolekcjonowały „szmatki", z których szyło się stroje dla naszych lalek.
A w co bawili się chłopcy? Najczęściej w wojnę: biegali z patykami wrzeszcząc - o przepraszam - z bronią w ręku... Swego czasu na podwórkach pełno było „Czterech pancernych" czy „Zorro"... Chłopaki bawili się jeszcze w wyścig pokoju, każdy miał kapselek ozdobiony pinezką lub nawet jakąś małą chorągiewką. Rysowali trasę na piasku i pstryk - kolarze gnali do mety.
Łaziło się też po różnych niebezpieczne dziurach.
I jeszcze rowery. Czasami to był rower ojca, duży, z ramą i trzeba było dobrze się na gimnastykować przy prowadzeniu takiego pojazdu.

Kolekcjonowało się pocztówki, widokówki, znaczki pocztowe, papierki po cukierkach, wycinki z gazet, słowem wszystko... Wieczorami kolekcjonerzy znosili swoje skarby i zaczynała się wymiana. Sztuką było nie dać się oszukać. Ludzie! Dostać kancera za dobry znaczek? Toż to i wstyd i strata niepowetowana!
 

Należało owe kolekcje dobrze chować przed mamą, bo w zapale porządkowania nie jedna cenna kolekcja została wyrzucona na śmietnik.
Nie było większego problemu z otyłością u dzieci, raczej cały skład podwórkowej dzieciarni był albo w normie, albo z lekką niedowagą, grubasek to był zawsze rodzynek i nie miał łatwego życia (co akurat trudno zaliczyć na plus ówczesnej dzieciarni). Podyktowane to było niekiedy niewielką zasobnością portfela rodziców, ale też i - jak byśmy to dziś nazwali - zdrowym trybem życia. 

Dzieciaki były bardzo aktywne fizycznie i jednocześnie nie opychały się słodyczami.
Z festynem czy wycieczką szkolną kojarzy mi się smak kompotu z rabarbaru, gotowanych jajek, chleba z masłem i owocowych cukierków. To był chyba zestaw podstawowy, jak to się teraz mawia. I może to dziwne, do dziś lubię smak kompotu z rabarbaru i owocowych cukierków. Czekoladowe cukierki zapakowane w ozdobne pudełko nazywano „bombonierami", obdarowywano się nimi na imieniny, czy inne tego typu okazje (czasami zdarzało się, że przechodziły z rąk do rąk).
Oj, zapomniałabym o lodach i oranżadzie w proszku. Lody waniliowe w dwóch wafelkach - pycha! A oranżada wysypywana na może niezbyt czystą dłoń i zlizywana z niej.
A w niedzielę obowiązkowo rosół z domowym makaronem... Bez rosołu niedziela do powtórki.
Dzieciństwo to też bajki opowiadane przez babcie na dobranoc, albo czytane przez rodziców. Kto nie zna bajek o „Czerwonym Kapturku", czy „Królewnie Śnieżce"? W bajkach mojego dzieciństwa to dobro zawsze zwyciężało, czasami zastanawiam się, czy współczesne bajki są aby dla dzieci.
Dzieciństwo - pomimo wszystko - większość z nas wspomina z rozrzewnieniem, chyba że jakaś tragedia, czy patologia sprawia, że wolimy o nim nie pamiętać.
Życzę dzieciom, i tym małym, i tym dużym, w Dniu Dziecka:bajkowego dzieciństwa gdzie dobro zwycięża, pracowitość to cnota, a cwaniactwo, bezmyślność i zło ponoszą zasłużoną karę.
















                                 

 






 Moja córka z radosnej dziewczynki wyrosła na radosną młodą kobietę . Dla mnie zawsze będzie moim dzieckiem i dlatego zawsze w Dniu Dziecka  będę jej życzyć radości i szczęścia. .=)

piątek, 30 maja 2014

to już 25000 !

Dziś właśnie licznik wyświetlił 25000  serdecznie dziękuje wszystkim , którzy odwiedzili Mój Kuferek.
Dziękuję jeszcze raz i zapraszam =)





środa, 28 maja 2014

Deszczowa pogoda i rybka na słoiku...=)





 Od wczoraj pada deszcz i nie zanosi się by przestało padać w najbliższym czasie.



Jak deszcz to parasole, kałuże , nuda i to co jest najgroźniejsze i o czym trudno nie myśleć to powódź. Pamiętam tą z 1997 roku w Nowej Soli i we Wrocławiu tam mieszkają moi bliscy w tamtych trudnych dniach to na wieści od nich czekałam z niepokojem. Ale mam nadzieje ,że tym razem nie dojdzie do takiego ogromu zniszczeń jak w 1997 roku.
Nie każdy deszcz prowadzi do powodzi ale każdy deszcz sprawia,że nie bardzo wiadomo co zrobić z nadmiarem czasu. Siedzi się w domu i … choć jak mówią słowa piosenki
„ W czasie deszczu dzieci się nudzą,
To ogólnie znana rzecz.
Choć mniej trudzą się i mniej brudzą się,
Ale strasznie nudzą się w deszcz. „ zawsze można coś wymyślić na nudę.





Jak woda to ryby ja wymalowałam rybkę na słoiku , a słoik podaruję mężowi . Włożę do słoika co prawda nie złote rybki a zamarynowane śledziki według sekretnego przepisu mojego teścia. A może napełnię słoik cukierkami alb słoik będzie pusty jeszcze nie wiem . W każdym razie ten słoik jest dla mojego małżonka będzie miał prezent na Dzień Dziecka =))






Wzór na słoiczku to też wynik "długich rozmów" z rybką przywiezioną z wakacji=))








Zrobiłam kilka deszczowych fotografii maleńki parasol w miśki to pierwszy prawdziwy parasol mojej córki , przywiozła go sobie z wakacji , jej pierwszej dalekiej podroży w życiu. Może to dziwne ale kupiła go sobie w słonecznej Italii . Pierwszy poranek we Włoszech przywitał nas deszczem , pamiętam jak bardzo pragnęłam by zaświeciło słońce .
To były pierwsze nasze wspólne wakacje i tyle córce naopowiadałam jak to będzie cudownie i jak będziemy się kapać w cieplutkim morzu i opalać a tu deszcz. Ku mojej wielkiej radości zaraz po tym jak kupiliśmy parasole zaświeciło słoneczko i nie opuściło nas do końca pobytu widać zasłużyliśmy na słoneczne wakacje .
I choć minęło wiele lat to maleńki ciut podniszczony parasol ciągle stoi w stojaku na parasole w naszym mieszkaniu. Ile kroć biorę go do reki to przypominają mi się tamte wakacje .
Pierwsze w życiu rodzinne wakacje , poznawanie nowych miejsc, ludzi, smaków … I pomyśleć ,że zapowiadało się deszczowo=))