piątek, 25 października 2013

Parapetówka z duchami...=)))

Robiłam zakupy takie jak mawia mój kolega „dnia codziennego” patrzę a tu mnóstwo dziwacznych gadżetów jakieś widły , szkaradne maski, gałki oczu w pudelkach i takie tam cudowności. Po chwili „zaskoczyłam „ no tak przecież niedługo Halloween jakoś niespecjalnie za nim przepadam ale też nie widzę potrzeby zwalczania tej nowej w Polsce amerykańskiej choć podobno starej i nie amerykańskiej a celtyckiej tradycji.
Przypomniała mi się pewna historia , którą przeżyłam właśnie w noc z 31 października na 1 listopada.
Pamiętam ją dobrze choć wydarzyło się to wieki temu . Właśnie tego dnia wprowadziłam się do swojego nowego mieszkania , zmęczona przeprowadzką postanowiłam spędzić ten wieczór sama , odpocząć , pooglądać jakiś horror w telewizji a w okolicach dwudziestej czwartej położyć się spać.
Niestety z moich planów niewiele wyszło okazało się ,że muszę zastąpić koleżankę na nocnym dyżurze . Nawet nie pamiętam czy to ona zachorowała czy jej dziecko w każdym razie powiadomiono mnie ,że muszę stawić się w pracy i koniec.

Wieczór był mglisty i padał drobny deszczyk na ulicy żywej duszy nie wiedzieć czemu nie było ani jednej taksówki na postoju. Postanowiłam wybrać się piechotą do pracy na szczęście mieszkałam niezbyt daleko.
Idąc w kierunku mojego miejsca pracy tak trochę dla odwagi a trochę by opanować złość z powodu nieplanowanego nocnego dyżuru rozmyślałam o tym kim byli ludzie , którzy mieszkali tu dawno temu. 


Nie wiem w jaki sposób znalazłam się na ulicy Wandy a tam w bramie jednej z kamienic zobaczyłam półprzezroczystą postać młodej dziewczyny . Od razu pomyślałam duch nic innego tylko duch . Przerażona nie na żarty zaczęłam biec przed siebie coraz szybciej a wydawało mi się ,że stoję w miejscu.
W oknach domów ukazywały mi się dziwne białe postacie coś do mnie mówiły , czegoś ode mnie chciały jednym słowem koszmar .







Biegłam szybciej i szybciej aż znalazłam się na dzisiejszej ulicy Wrocławskiej . W powietrzu unosił się powóz a w nim jakiś mężczyzna zaglądał do okna domu na pierwszym piętrze i wolał czyjeś imię. Pomyślałam niech się dzieje co chce wracam do domu , tam będzie bezpiecznej. A dyżur? Trudno życie ważniejsze jeszcze chwila a dostanę zawalu serca ze strachu. Błądziłam raz byłam na ulicy Wrocławskiej a za chwilkę na Wandy to znów na Reja . Wreszcie dobiegłam na moje osiedle i tu choć wokoło są same
wieżowce sceneria dla duchów raczej obca ,nie odstępowała mnie ani na krok postać jak z filmu o potępionych duszach. Dobiegłam do drzwi mojego mieszkania zatrzasnęłam je za sobą. Za drzwi słychać było najpierw delikatne pukania a później coraz to głośniejsze stukanie prawie łomot. Krzyknęłam odejdź  stąd , nie boje się ciebie , duchy nie istnieją. Kiedy już byłam bliska rozpaczy... obudziłam się . Przysnęłam na dmuchanym materacu , który zastępował mi łóżko. Do dziś wdzięczna jestem mojemu koledze Grzesiowi ,że mi go użyczył inaczej pewnie spałabym na podłodze ( w tamtym czasie o kupnie tapczanu tak „z biegu” można było pomarzyć). Do drzwi pukali moi przyjaciele rozbawieni oświadczyli „no , no ale masz mocny sen . Wiesz co możesz straszyć nas duchami parapetówki i tak ci nie odpuścimy”. Podobno ze strachu przed duchami zostali u mnie do świtu=)))

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz