Czas wakacji to czas na ... Na noszenie trampek , tenisówek słowem taniego obuwia , które pasuje każdemu bez względu na płeć i wiek.
Na początek trzeba kupić odpowiednie trampki czyli nie za male nie za duże no i nie drogie.
Wybrałam się dziś na poszukiwanie trampek a raczej tenisówek i ze zdziwieniem odkryłam ,że ich cena znacząco wzrosła oczywiście chodzi mi o takie zwyczajne tenisówki bo wiadomo te markowe potrafią kosztować nawet ponad 300 złotych . Ale pobiegałam po mieście i znalazłam tenisówki za 19 złotych całkiem ładne. Oj ale się o cenach rozpisałam i pewnie wyszłam na sknerę jednak myślę, że dobrze jest pokazać jak za niewielkie pieniądze stworzyć coś fajnego .
Najpierw chciałam namalować na tenisówkach łowicki wzorek bo teraz wszędzie go pełno, moda nastala na ludowość "Made in Poland" . Tyle tylko,że jak wszyscy już coś mają to co to za frajda =))
Namalowała więc kawałek ogrodu czyli fiołki i motyla. Ktoś zapyta czemu wzorek nie jest taki sam na każdym bucie a już odpowiadam buty są para więc jeden bez drugiego istnieć nie może a razem tworzą wspólną opowieść . =)
No to zaczynamy :
trampki cena 19, 00 zł. w cudne pudełko opakowane
farby do tkanin (prezent od Świerszczyka internetowego znajomego )
pędzle
ołówek
no i dużo dobrych chęci .
Ciekawa jestem czy spodobają się osobie dla , której je wymalowała no i czy trafiłam z rozmiarem=)
Spodobały się i pojechały nad morze=))
czwartek, 13 lipca 2017
środa, 12 lipca 2017
Poduszka z parowozem i opowieści o podróżowaniu=)
Za oknem pogoda w kratkę raz słońce a raz deszcz a ja niedługo wybieram się na wakacje.
Troszkę by poprawić sobie nie najlepszy ostatnio humor a troszkę dla jak to się mówi dla zabicia czasu zabrałam się za namalowanie podróżnej poduszki. Co się kojarzy z wakacyjnymi i nie tylko podróżami oczywiście pociąg a jak pociąg to przede wszystkim lokomotywa. Ja akurat bardzo się denerwuję przed każda podróżą. Kiedyś opisałam jak to jest z moim podróżowaniem i nawet mi wydrukowano to w Gazecie Lubuskiej widać nie tylko ja cierpię na taką przypadłość jak "gorączka podroży".
tak więc ja będę malować parowóz a Wy poczytajcie proszę jak to pani Lucyna w podroż się wybiera=))
Troszkę by poprawić sobie nie najlepszy ostatnio humor a troszkę dla jak to się mówi dla zabicia czasu zabrałam się za namalowanie podróżnej poduszki. Co się kojarzy z wakacyjnymi i nie tylko podróżami oczywiście pociąg a jak pociąg to przede wszystkim lokomotywa. Ja akurat bardzo się denerwuję przed każda podróżą. Kiedyś opisałam jak to jest z moim podróżowaniem i nawet mi wydrukowano to w Gazecie Lubuskiej widać nie tylko ja cierpię na taką przypadłość jak "gorączka podroży".
tak więc ja będę malować parowóz a Wy poczytajcie proszę jak to pani Lucyna w podroż się wybiera=))
Reisefieber moja wakacyjna przypadłość.
Co sprawia,że podskakuje mi ciśnienie
, nie mogę spać w nocy, co chwila sprawdzam czy wszystko
jest na swoim miejscu, czy niczego nie
przeoczyłam … wakacyjne podróże. Moja siostra mawia , że to
książkowe objawy zjawiska , które ona nazywa „Reisefieber”
czyli w wolnym tłumaczeniu gorączka podróży. Już przy
sprawdzaniu połączeń zaczynam powoli odczuwać pierwsze objawy tej
przypadłości , bo albo pociąg odwołano, albo trzeba jechać z
przesiadką a ja już widzę oczami wyobraźni jak pędzę po peronie
goniąc pociąg. Dawniej można było sprawdzić jaki pociąg jedzie
do celu naszej podróży telefonicznie no niby teraz też można ale
… informacja jest ogólnokrajowa .Co to zmienia ? Ano czeka się
dłużej na połączenie a jak się człowiek doczeka to...
przynajmniej ja zgłupiałam , kiedy usłyszałam „jakiego dnia
będzie wyjazd?”. Zaraz wpadłam w panikę gorączkowo próbując
sobie przypomnieć dokładną datę wyjazdu. Już się denerwuję a
jak pociągi w ten dzień nie jeżdżą a jak jeżdżą tylko takie
co to jadą przez Paryż z Zielonej Góry do Szczecina. Ludzie jak mi
wtedy wyobraźnia pracuje.
Autobus może i pewniejszy ale wtedy
zaczynam myśleć jak tu wytrzymać bez WC przez kilka godzin , bo u
nas albo autobusy bez tego przybytku albo jak już jest to nie
wiedzieć czemu zamknięty i trzeba przedzierać się przez cały
autobus do kierowcy i prosić o udostępnienie. Kurka wodna czy
wszyscy muszą wiedzieć ,że mi się chce siusiu.=)
No dobra jak wiem czym będę
podróżować i mam bilet w kieszeni to po kilka razy sprawdzam czy
aby dobrze wypełniony a potem czy aby jest na swoim miejscu czyli w
portfelu.
A to pakowanie zawsze czegoś jest za
dużo a czegoś za mało , no to żeby nie było za mało dopakowuję
i dźwigam walizę a na miejscu … połowy rzeczy nie wykorzystuje.
Wiadomo u nas albo leje i to co z krótkim rękawkiem i przewiewnie
leży na dnie walizy albo to co cieplutkie i zajmujące miejsce nie
jest ubierane.
Mój znajomy mawiał ,że Polaka
jadącego na wakacje poznać można po ilości bagażu. Polak ma
torbę , torebkę , torbusię walizę , walizkę i walizeczkę , kosz
, koszyk koszyczek no i oczywiście paczkę, paczusie , paczunie i
gania za tym po peronie, bo ciągle coś zapomina przy wsiadaniu do
pociągu.
Ja tam jestem typowa Polką i mnie tez
można poznać po ilości bagaży.
Nigdzie nie ruszam się bez
elektrycznej grzałeczki i kubeczka i talerzyka i podusi takie
przyzwyczajenie z ubiegłego wieku.
Jak już załaduję swoje bagaże , jak
się usadowię w przedziale , jak wyjmę termos i naleję sobie
kawusi to… zaczynam nerwowo przypominać sobie czy wyłączyłam
żelazko, czy wodę zakręciłam . Jak już jestem pewna, że tak to
bach i słyszę w radiu „ ostatnio wzrosła ilość włamań do
mieszkań „ a czy ja dobrze zamknęłam mieszkanie - tak bez obaw.
A na miejscu. Kwatera czasami bywa
ciaśniutka , z łazienką jedną na kilka osób. Do morza blisko
jakieś dwadzieścia minut drogi ale autobusem za to do ruchliwej
ulicy rzut beretem. Choć pani mówiła,że...
Pieniążki ile by ich nie wziąć i
tak będzie za mało no bo spróbować trzeba wszystkiego i pamiątki
kupić i zawsze jest jakiś hit wczasowej mody bez , którego pokazać
się na promenadzie ani rusz a w domu . W domu taki bajerek ląduje
na dnie szafy ale co tam.
W końcu wakacje są raz w roku i na
szczęście trwają góra dwa tygodnie warto pocierpieć , zrobić
kilka fotek z wyszczerzonymi w uśmiechu zębami. Będzie co pokazać
rodzinie i znajomym.
Najbardziej w wakacjach lubię powroty
a dokładnie moment kiedy wygodnie siądę we własnym fotelu i
powiem „ nie ma jak w domu”. Sama nie wiem dlaczego co roku
gdzieś jadę i co roku zarzekam się ,że to ostatni raz. Pewnie
przeżywam te katusze by docenić swój ciasny ale własny kąt i
przez pewien czas cieszyć się jego urokiem.
Co do poduszki na której wymalowałam parowóz to swoje lata już ma i właściwie podarowałam jej drugie życie. Ale co tam poduszka latarka obok to jest coś to podobno najprawdziwsza na świecie kolejarska latarka . Dzięki kolorowym przesłonkom można nią dawać sygnały w kolorze zielonym, białym , czerwonym i niebieskim ta moja ma już jakieś czterdzieści lat a ciągle sprawna . A jak prosta w obsłudze i konserwacji nie to co te dzisiejsze =))
sobota, 8 lipca 2017
Poduszka z lwem czyli odrobina Afryki na co dzień=))
Właśnie przestało padać i zrobiło
się gorąco może nie tak gorąco jak w Afryce ale w każdym razie
słonko mocno grzeje.
Afryka to kontynent , który chyba
najbardziej fascynujący i najpiękniejszy ze wszystkich siedmiu
kontynentów na Ziemi. A jak Afryka to oczywiście i król zwierząt
czyli jego wysokość LEW.
O lwie co nieco napisałam malując
koszulkę dla męża właśnie z tym zwierzakiem
Wizerunek lwa to chyba jeden z
najczęstszych motywów zdobiących stare kamienice . W moim
rodzinnym mieście jest tych wizerunków lwa kila a nawet kilkanaście
.
Ale wracając do poduszki namalowałam
na niej lwia głowę dodałam złotej farby bo jak król to musi być
i złoto=) Użyłam farb do tkanin dobrej jakości nie uczulających,
sama poszewka jest bawełniana więc poduszka pomimo,że namalowano
na niej groźnego zwierza jest przyjazna dla człowieka=))
sobota, 1 lipca 2017
Wspomnienia z czasów kiedy moje dziecko zaczynało studiowanie=))
Właśnie wróciłam z absolutorium mojej córki pięć lat studiów minęło bo ja wiem czy szybko? Na pewno pracowicie . Może nawet nie pamiętałabym dziś dokładnie jak widziałam studencką brać kiedy moje "dziecko" rozpoczynało studiowanie ale jak wiecie w tamtym czasie bawiła się w dziennikarstwo obywatelskie i na portalu internetowym prowadziłam bloga "Okiem Zrzędy". A że nic w przyrodzie nie ginie to i ja czasami znajduję w czeluściach pamięci mego komputera stare teksty .Szczerze mówiąc byłam pogodzona z tym ,że moje córka będzie studiować poza rodzinnym miastem i wtedy może i wyrodna ze mnie matka podeszłam do sprawy dość rzeczowo bez wylewania łez. łezka zakręciła mi się dopiero na absolutorium . Studia skończone przed moją córką i jej przyjaciółmi jeszcze obrona prac magisterski i ...
Czy wiele zmieniło się w moim postrzeganiu tematu życie w akademiku pewnie troszkę tak wiem już np. ,że studentowi wszystko się przydaje a jak nie to na pewno komuś się przyda . Ile zmieści się może małym pokoju w akademiku? Oj lepiej nie sprawdzać...=))
Chcąc nie chcąc bo trochę z nudów a
trochę z konieczności dane było mi poobserwować jak też
wyglądają pierwsze dni w pewnym akademiku. Student a raczej majątek
jakim dysponuje zawsze kojarzył mi się z niewielką ilością
najpotrzebniejszych i na dodatek wielofunkcyjnych przedmiotów
codziennego użytku. O tym ,że czasy się zmieniły a studenci
obrośli w dobra wszelakie przekonałam się zupełnie niedawno
czekając na korytarzu w akademiku szczecińskiego ZUT .
Czekając ,aż moja pociecha zamelduje
się w owym akademiku i pilnując jej jak się okazało nielicznych
bagaży ( dwóch walizek i torby z laptopem) rozdziawiałam
przysłowiowa gębę ze zdziwienia na widok przeogromnej ilości
pudeł, toreb , waliz itp. będących dobytkiem przywiezionym przez
studentów i wnoszonych rzec by można przez całe klany rodzinne.
Myli się ten kto uważa, że
przeważały podręczniki otóż najwięcej było garnków , patelni
i co najdziwniejsze mopów do zmywania podłogi. O tym ,że ilość
mopów wcale nie świadczy o wzroście dbałości o porządek
dowiedziałam się już następnego dnia. Zaraz po mopach , garnkach
i wszelkiego rodzaju urządzeniach gospodarstwa domowego czyli
lodówkach i telewizorach w wielkich ilościach pojawiły się
zgrzewki z napojami , trochę dziwiłam się po kiego diabła wieść
te napoje aż z odległych miejscowości skoro tuż obok są dwa
sklepy z gatunku „tanich” i picia ta dostatek ale cóż widocznie
to taka nowa moda . Z dawnych czasów pozostał tylko zwyczaj
przywożenia do akademika smalcu domowej roboty i ogórków zawsze
przydatnych kiedy już brakuje kasy .
Co prawda przeróżnych dziwnych rzeczy
było w tych bagażach jeszcze mnóstwo choćby tarka do tarcia
marchewki czy innej pietruchy , foremki na babeczki ale co tam
wszystko się przydać może.
Wcale nie musiałam zaglądać ludziom
w bagaży wszystko było wnoszone w otwartych kartonach i ustawiane
tuż pod moim nosem. Zastanawiałam się tylko z skąd pewność ,że
po pierwszym semestrze nie trzeba będzie tego wszystkiego wieść z
powrotem do domu ale to już taki mój wrodzony pesymizm.
Jeśli chodzi o studentów to chyba
najbardziej wyluzowani chcą być pierwszoroczni , a najbardziej
doświadczeni w życiu studenckim ci z drugiego roku , to oni
wypowiadają się o pierwszorocznych per „pierwszaki” czy
„dzieciarnia” jednak rok w życiu studenta to nie to samo co w
życiu powiedzmy trzydziestolatka.
O tym co się pije ile się pije ,
gdzie się pije dowiedziałam się jakby mimochodem od non stop
rozmawiającego przez telefon studenta . Chłopak rozmawiał tak
głośno,że nijak nie można było nie słyszeć co też dzień
wcześniej pił i jak się źle czuje. Co prawda nie był to student
ZUT lecz prawdziwy artysta bo i mówił o lekcjach muzyki i jak na
artystę przystało co chwila przeglądał się w lustrze poprawiając
fryzurę. Jego brata studenta pierwszego roku zapamiętałam ponieważ
zdawało się ,że po prostu pragnie od zraz spróbować życia
studenckiego nie czekając nawet na zakwaterowanie. W końcu starszy
brat to autorytet , z tego co usłyszałam właśnie rozpoczął
czwarty rok studiów a to już coś znaczy.
Pokoje w akademiku są całkiem ,
całkiem z internetem , lodówka nowiutkim mebelkami i dostępem do
łazienki jak się później miało okazać lepsze niż ten , który
ja w swojej bezgraniczne ufności zarezerwowałam sobie przez
internet w hostelu. Tyle tylko,że remont trwa i ostateczne miejsce
zakwaterowania będzie znane po piętnastym października , choć
może to i dobry sposób na poznanie i samego budynku i ludzi.
Wracając do studentów otóż
pierwszoroczni ufni w opowieści starszych kolegów święcie wierzą,
iż życie studenckie to dobra zabawa i trochę nauki i niestety już
na pierwszych wykładach boleśnie się rozczarowują bo studia to
nauka i trochę dobrej zabawy.
Kiedy pojawiłam się na drugi dzień w
akademiku usłyszała jak jeden z tych „pedantycznych” studentów
pierwszego roku żalił się na kolegę z pokoju. Podobno jego kolega
wylał zawartość garnka z własnoręcznie przypaloną pomidorówką
do umywalki i ani myślał posprzątać po sobie. I tu moje nadzieje
na to, że mopy przywiezione w tak dużych ilościach z rodzinnych
domów do akademika świadczą o niezwykłej dbałości o porządek
legły w gruzach. W kwestii porządków jak widać niewiele się
zmieniło pewnie tak samo jest z tak zwanym życiem towarzyskim
bujnie rozwija się przez pierwszy tydzień no może dziesięć dni
po otrzymaniu funduszy od rodziców a później stopniowo zamiera ,
aż znowu na kontach pojawia się ukochane pieniążki.
Znajomości zwierane są szybko , można
zaważyć coś w rodzaju podchodów damsko-męskich to znaczy, iż
potrzeba bycia w parze w narodzie istnieje i aby nie zostać bez
przydziału trzeba się spieszyć . Akurat na tej uczelni jest
nadmiar chłopaków ale ci jak wiadomo nawet w tej dziedzinie są
raczej bierni i to dziewczęta muszą wyjść z inicjatywą . Ot
czasy no ale jak równouprawnienie to równouprawnienie.
Najdziwniejsze jest dla mnie to jak
szybko przybysze stają się bardziej np. szczecińscy niż
„paprykarz szczeciński” i bynajmniej nie chodzi tu o kolor
włosów. Młodzi ludzie już po dwóch dniach w rozmowach
telefonicznych z kolegami z rodzinnego miasta mówią „ u nas w „
i wymieniają nazwę miasta , gdzie jakby nie patrzeć na razie są
tylko tymczasowo. Choć to jest i tak nic w porównaniu z niektórymi
osobami, które zaraz po wyjeździe np. do Berlina piszą do
koleżanek , „ może przyjadę do was na zakupy, bo u was jest
taniej niż u nas w Berlinie”. Powiem szczerze ,że jak o tym
usłyszałam to ciupkę mnie jak by to powiedzieć przytkało. No
cóż wydaje mi się,że mimo wszystko lepiej chwalić swoje miasto
niż się go wypierać. Skoro miasto to „prowincja” to jego
mieszkaniec to prowincjusz w najgorszym tego słowa znaczeniu. Choć
zdarza się ,że młodzi ludzie tęsknią za swoim miastem i wszystko
w tym nowym wydaje im się obce. W końcu jak tu nie tęsknić za
Zieloną Górą?
Studenci bywają różni są i tacy co
bez przerwy się uczą , są tacy co balują ostro aczkolwiek krótko
zazwyczaj dość prędko kończą edukacje ale znamienita większość
jakoś w niezrozumiały dla nich samych sposób łączy naukę z
zabawą.
Ja tam nie zrzędzę , ja tylko się
dziwię po co te mopy wieźć przez pół Polski , chyba ,że to są
mopy kupione na Winobraniu i są swoista maskotką. A to rozumiem .
I tak zapewne ten rudy kocurek wie więcej o studentach niż ktokolwiek wszak to kot uczelniany =)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















